Wywiad z KSU 2007 rok TEKST DO OBRAZKA : 1. KSU 1944 w okopie (muzyka: Eugeniusz "Siczka" Olejarczyk, tekst: Maciej Augustyn) z płyty Pod Prąd (1989) Militarna tematyka w piosence KSU nie wzięła się znikąd. Skomponowałem to chyba w 1984 roku, podczas pobytu w wojsku - wspomina lider grupy, Siczka. Młody żołnierz nie ma na muzykę czasu, wiadomo: warta, sprzątanie po nocach, tego typu sprawy... Ale gdy miałem już za sobą rok służby, trochę luzu, mogłem się zająć graniem. Ktoś w jednostce miał gitarę akustyczną, grywałem wieczorami gdzieś w świetlicy. Śpiewałem między innymi wcześniejsze numery KSU. Kolegom bardzo się spodobały, ciągle mnie o nie prosili... Zacząłem komponować. W wojsku powstały m.in. numery "Liban", "Skazany na 716 dni" i właśnie "1944 w okopie". Wyjaśnijmy od razu: tak brzmi właściwy tytuł utworu. Wersja 1914, znana z winylowej edycji debiutanckiej płyty KSU, pojawiła się nie wiadomo skąd. Na pewno nie zmieniła tego cenzura - mówi Siczka. Cenzura wstrzymała tylko niektóre teksty na koncerty... A i tak graliśmy co chcieliśmy. Nie przekręcił też tego Pronit, bo firma dostała gotowy materiał graficzny. Szczerze mówiąc, nie wiem jak to się stało. Wracamy do historii utworu. W 1985 roku, gdy wyszedłem z wojska, dałem taśmę demo Maćkowi Augustynowi (brat pierwszego wokalisty, populyzator Bieszczad i "etatowy" autor tekstów grupy - przyp. bart), który napisał do tego tekst. Spotykaliśmy się często, opowiadałem mu o pobycie w wojsku, poza tym on jest z przekonań pacyfistą... Podobnie zresztą, jak ja. Pomijając przekonania, wojsko to po prostu strata pieniędzy. Służyłem prawie dwa lata, państwo polskie wydało mnóstwo na moje szkolenie i co z tego? Nic z tego nie pamiętam. Pierwsze wersje utworu muzycy zarejestrowali w Domu Kultury w rodzinnych Ustrzykach Dolnych, na szpulowym magnetofonie Unitra M 24055. Mieliśmy do dyspozycji cztery ścieżki - po dwie na kanał z możliwością dogrywek do śladów. Profesjonalnie nagraliśmy to dopiero w 1988 roku, w studiu RSC w Rzeszowie.KSU trafił tam za sprawą Andrzeja Wiśniowskiego, gitarzysty RSC. Graliśmy koncert w Ustrzykach w 1987 lub 1988 roku. Pojawił się na nim Andrzej, zaproszony przez naszego znajomego. Po koncercie zaproponował, że udostępni nam studio. Zjawiliśmy się w Rzeszowie w maju 1988 roku. Siedzieliśmy tam miesiąc: popijaliśmy, bawiliśmy się i nagrywaliśmy materiał. Andrzej wkręcił nas potem do agencji Galart, która zaczęła organizować koncerty i promocję. Sprzedała też materiał Agencji Impresaryjnej Aktorów z Warszawy i stamtąd płyta trafiła do Pronitu. W kwietniu 1989 roku 1944 w okopie trafił (pod tytułem 1914) na Listę Przbojów Trójki, gdzie utrzymywał się przez kilka miesięcy docierając do miejsca piątego. Zrobił się szumek, nie było problemów z promocją - śmieje się Siczka. Wtedy działały tylko cztery rozgłośnie radiowe i dwa programy telewizyjne. Jak puścili w którejś rozgłośni, to cały kraj słyszał... Album Pod Prąd okazał się sukcesem komercyjnym, ale - niestety - ne dla zespołu. Materiał padł ofiarą masowegowtedy piractwa kasetowego. Na CD trafił dopiero w 1993 roku, nakładem formy Digition. 2. (tekst 1944 w okopie...) 3. Siczka - jako lokalny element wywrotowy - stał się szczególnym obiektem zabiegów Ludowego Wojska Polskiego. Były duże naciski z urzędu miasta, żeby mnie jak najszybciej wcielić - wspomina. Przez pięć miesięcy dostawałem wezwania, ale udawało mi się je dzięku znajomościom anulować. Za którymś razem człowiek, który mi to załatwiał, wyjechał w delegację... Musiałem jechać do Warszwy. Spotkałem się tam z Kazikiem - którego znałem od kilku lat - jego kumplami i moimi kumplami z Ustrzyk w akademiku. Próbowali mi złamać obojczyk - żebym się z tej armii wywinął. Odbywało się to przy pomocy napełnionej wodą butelki po winie owiniętej w ręcznik... Nie dali rady. Skończyło się na tym, że obojczyk miałem tak spuchnięty, że nie mogłęm podnieść ręki, a i tak musiałem jechać. 4. Akcja "obojczyk" to nie jedyna próba uniknięcia służby, podjęta przez punkowego wokalistę. Już w jednostce Siczka symulował chorobę psychiczną. Zaproponowałem koledze, żeby też ombinował. Żeby symulował kłopoty z nerkami - krew dodawał do moczu... Przyłapali go na tym i ze strachu sypnął mnie u dowódcy pułku. Musiałem dwa lata odbębnić. Były i dodatkowe szykany: Po tej historii z donosem przez miesiąc nie dostawałem korespodencji. W końcu wezwał mnie oficer polityczny, dał pakiet zaległych listów, zabrał mój notes z adresami i powiedział: - "Do matki adres masz?". - "Mam". - "To ci wystarczy. Z resztą nie będziesz utrzymywał kontaktów". 5. Fakt, że piosenka powstała w czasach pokoju, nie oznacza że Ludowe Wojsko Polskie nie ponosiło ofiar. Siczka: Pamiętam, że po dwóch miesiącach służby pojechaliśmy na pierwszy poligon. Ledwo dotarliśmy na miejsce, powiedziano nam że dwa dni wcześniej zginęło tam dwóch żołnierzy. Mechanik cofał czołg i zmiażdżył dwie osoby. Mam niemiłe wspomnienia z tego czasu... 6. Genialną ozdobą kawałka okazała się parodia muzycznej czołówki filmu Czterej pancerni i pies. Wpleciona nieprzypadkowo... Służyłem w Pierwszym Warszawskim Pułku Czołgów Średnich im. Bohaterów Westerplatte - wyjaśnia Siczka. Na podstawie drogi bojowej tej jednostki nakręcono serial. A czołg Rudy 102 stał kilka metrów przed wejściem mojej kompanii. W oryginale dzieło nosiło tytuł Ballada o pancernych, tekst napisała Agnieszka Osiecka, muzykę autor oprawy dźwiękowej wielu ówczesnych filmów, Adam Walaciński. Siczka twierdzi, że nie miał przez "Pancernych" kłopotów z cenzurą (ani autorami oryginału). Piosenkę wygrzebał z pamięci, chociaż gdyby się uparł, mógł dotrzeć do wydanego w 1969 roku EP (Muza, N0576). Obok głównego utworu w wykonaniu Edmunda Fettinga znajdowały się tam też hity Przed nami Odra, Piosenka radiotelegrafistki, Ballada studziankowska.
Zgłoś nadużycie