Logowanie lub Rejestracja

Siczka do Stebnickiego na FB

adrian512 adrian512, dnia Gru. 12, 2016

W ZWIĄZKU ZE "ZDARTĄ PŁYTĄ" i innymi bzdurami wypisywanymi przez pana Stebnickiego poniżej artykuł który jest odpowiedzią na jedną z publikacji a nie został zamieszczony złośliwie przez tego pana w jego czasopiśmie jako moja odpowiedź.

Z zażenowaniem przeczytałem Twoje gorzkie żale w listopadowym numerze „Naszych Połonin”. Mogę z nich wyciągnąć tylko jeden wniosek: skończyli Ci się wrogowie, z którymi przez lata włóczyłeś się po sądach, to teraz czepiasz się kumpli. Prymitywne to i bardzo płytkie, ale całkowicie w Twoim stylu.
Zawsze byłeś kiepskim pisarzem, za to nigdy (zwłaszcza po pijaku) nie brakowało Ci fantazji. Żeby sprowadzić Cię na ziemię, przytoczę kilka faktów.
Opierając się na nieautoryzowanym przeze mnie wywiadzie, obrażasz się, że nazwałem Cię tam, chociaż nie wymieniłem Twojego nazwiska, pseudomenadżerem. I masz rację, że się obrażasz, bo nawet pseudomenadżerem nie byłeś.
W czasach kiedy kręciłeś się koło zespołu, a była to końcówka lat 80-tych i połowa 90-tych, K S U zagrało dzięki Tobie aż 6 (słownie: sześć) koncertów (!). Były to po kolei: Krosno, Brzozów, dwa razy Lesko i Rymanów, a później jeszcze w połowie lat dziewięćdziesiątych Jasło.
Pewnie dawno bym zapomniał o Twoich wyczynach z K S U, gdyby nie utkwiły mi w pamięci dwa koncerty z tamtego czasu. Pierwszy z nich w Rymanowie, po którym „zapomniałeś” rozliczyć się z zespołem z zarobionej kasy. Drugi w Jaśle, podczas którego na sali Jasielskiego Domu Kultury pojawiło się grubo ponad 600 osób, natomiast Ty z rozbrajającą „szczerością” powiedziałeś, że sprzedało się zaledwie ponad 100 biletów.
Jeśli chodzi o wybory samorządowe z 2002 r. w Ustrzykach Dolnych, to - uczciwie przyznaje - był mój błąd. Dlaczego do tego w ogóle doszło, że wystartowałem? Otóż na długo przed wyborami nie dawałeś mi spokoju i niemal codziennie wierciłeś mi dziurę w brzuchu, snując kolorowe wizje. Nie ukrywam, że chciałem Ci pomóc jako kumplowi, bo znaliśmy się od lat.
W rzeczywistości chodziło Ci jedynie o własny interes, co wydaje się oczywiste, jeśli prześledzi się drogę twojej „kariery” politycznej. Zaczynałeś jako szef zakładowej „Solidarności” w nieistniejącym już Przedsiębiorstwie Budownictwa Komunalnego w Ustrzykach Dolnych. Koncert, który tam się wtedy odbył, a za który przypisujesz sobie największe zasługi, miał Ci pomóc w karierze opozycjonisty, więc nic nie było za darmo. Niestety, Twoja działalność nie została doceniona przez późniejszych dysydentów i następna szansa na zaistnienie pojawiła się dla Ciebie dopiero na początku lat 90-tych, kiedy wybory do Sejmu wygrał miejscowy rolnik - Władysław Wrona z PSL-u. Zawsze potrafiłeś ustawić się z wiatrem, więc przez dwie kolejne kadencje siedziałeś sobie na ciepłej posadce w jego biurze. Osobiście nawet miło wspominam tamte czasy, bo zawsze było gdzie i z kim wypić.
Wydawałoby się, że Twoja sielanka skończy się w 2001 r., kiedy poseł Wrona nie załapał się już do Sejmu. Nic bardziej mylnego. Już następnego dnia zjawiłeś się w biurze SLD. Później był 2002 r., kiedy zapachniał Ci stołek radnego i - jeśli już jesteś taki dokładny - w wyborach do rady powiatu dostałeś 96 głosów, a nie - jak się chwalisz - 100. Jednak - jak słusznie zauważyłeś - na listę pracowało dwunastu kandydatów, więc to m.in. dzięki głosom oddanym na mnie usadowiłeś się przez następne cztery lata na kolejnej synekurze i miałeś z czego żyć. Na swoim politycznym „szlaku bojowym” od zbuntowanego działacza „Solidarności” do radnego „SLD” zmieniałeś poglądy, zmieniałeś kumpli, zmieniałeś swoje biznesy, tylko Twój główny cel się nie zmieniał. Nieważne było z kim, nieważne po co, nieważne gdzie. Najważniejsze było zawsze - za ile. Miraż bycia na szczycie pozwalał Ci myśleć, że pływasz w oceanie, chociaż naprawdę brodziłeś w kałuży .
Tak, zawodowo też musisz być spełniony: majster na budowie, handlowiec, menadżer, prezes klubu, redaktor, radiowiec, sprzedawca kredek czy pracownik basenu. To tylko niektóre z Twoich profesji, które pamiętam.
Jeśli ja - wg Twoich słów - domagam się pomnika, to Ty niewątpliwie powinieneś wystąpić w programie „Mam talent”. Doczekałeś się nawet listu pochwalnego od kapitana drużyny, której prezesowałeś w tamtym czasie. Wstyd byłoby nie przytoczyć kilku jego fragmentów. „W Bieszczadach (chodzi o klub piłkarski) sytuacja jest zła, a winą za taki stan rzeczy należy obdzielić panów prezesów W. i Stebnickiego. Stwierdzić należy, że panowie ci ze swoich obowiązków wywiązują się co najwyżej kiepsko. Albo nie potrafią, albo nie chcą zorganizować żadnej imprezy, na której można zarobić. Z pieniędzy zarobionych na imprezie, która się nie odbyła, miały być wypłacone zawodnikom zaległe premie za rundę wiosenną (ok. 100 zł każda kolejka). Nie zostały one wypłacone do dzisiaj. Mam nadzieję, że wspaniały tandem prezesów W.-Stebnicki przestanie działać najpóźniej z końcem rundy jesiennej, a na ich miejsce przyjdą ludzie, którym losy piłki w naszym mieście nie są obojętne”. („Gazeta Bieszczadzka” nr 11 (120) z 20 września 1996 r.). Powyższy fragment pozostawiam bez komentarza.
W swoim monologu twierdzisz dalej, że miałem szczęście spotkać na swojej drodze Pawła Prezo Tylko. Wyjaśniam więc, że zespół K S U do dzisiaj nie otrzymał od tego pana gratyfikacji za sprzedaż części płyt, koszulek i innych gadżetów. Nazywając to szczęściem, masz specyficzne rozumienie znaczenia tego słowa.
Dalej opierasz swoje wywody na wywiadzie, który - jak wspominałem wcześniej - nie był przeze mnie autoryzowany i zarzucasz mi, że źle wypowiadam się o swoich byłych kolegach z zespołu. Prawda jest taka, że przez wiele lat wspólnego grania zawsze byli podwójnie zabezpieczeni. Z jednej strony K S U, a z drugiej praca na etacie. Ja miałem tylko zespół i zostałem w pewnym momencie sam. Jednak pomimo tego, że od blisko dwudziestu lat nikt z moich dawnych kolegów nie występuje już ze mną na scenie, to w dalszym ciągu niektórzy z nich mają z tego niemałe korzyści finansowe. Po raz kolejny mijasz się z prawdą, pisząc, że nikt z tego nigdy nic nie miał.
Andrzeja Wiśniowskiego nie wyrzuciłem z kapeli, tylko odszedł sam. Kwestia gitary została załatwiona między nami dawno temu, bo ja - w przeciwieństwie do Ciebie - rozliczam się ze swoich zobowiązań.
Nie byłbyś sobą, gdybyś nie pochwalił się znajomościami, które posiadasz w „wielkim świecie”. Nie dziwi mnie jednak, że Kazik Staszewski nie jest zainteresowany, co u mnie słychać, gdyż widujemy się przy okazji różnych imprez kilka razy w roku i mamy wystarczająco dużo czasu, żeby porozmawiać o prywatnych sprawach.
Przypisujesz sobie wielkie zasługi przy wydawaniu płyt K S U, zapominasz jednak dodać, że jak Ty wydawałeś składankę z ustrzyckimi kapelami „Teraz Ustrzyki”, to dostałeś ode mnie gratis trzy utwory K S U w wersjach, których nikt wcześniej nigdzie nie wydał.
Co do Twoich dwóch tekstów, które kilkanaście lat temu napisałeś dla mnie, to zostały zgłoszone do ZAiKSU. Poza tym to nie ja się o nie prosiłem, tylko Ty ganiałeś za mną, żebym Ci dostarczył demo. Znowu chciałeś zabłysnąć.
Koncerty na święcie buraka, ziemniaka, kaszanki czy nawet świni, to - gdybyś nie wiedział - gram dla ludzi, a nie dla buraków. Każdy może przyjść i posłuchać, jeśli tylko ma na to ochotę. Nie myślę o ludziach, stosując Twój system wartości, że jedni są lepsi, a drudzy gorsi. Szanuję wszystkich.
Rozpisujesz się, jaki to byłeś dla mnie strasznie opiekuńczy podczas wywiadów, których udzielałem. Ciekawa teoria. Osobiście sobie nie przypominam takowych w Twojej obecności. Raz zdarzył się wyjątek, kiedy zaprosiłeś mnie do Radia „Bieszczady”. Zapewne wielu słuchaczy do dziś pamięta Twój bełkot na antenie, bo często byłeś pod wpływem „choroby filipińskiej”.
Zawsze kiedy byłeś na fleku, wyobraźnia przenosiła Cię w inny wymiar rzeczywistości. Chciałeś nagrywać płytę K S U z piosenkami Klenczona, wydawać kalendarze z zespołem, pisałeś biografię, która nigdy się nie ukazała. Z tej ostatniej pozycji pozwolę sobie przytoczyć jedno zdanie: „Zespół po to, by dostać dwa tysiące płyt zakłada spółkę z o.o. K S U”. („Nasze Połoniny” nr 16/76). Prawda jest jednak inna. Spółka założona w 1989 r. miała na celu organizację koncertów oraz m.in. dystrybucje i sprzedaż płyt. Na temat koncertów pisałem wcześniej, natomiast co do płyt, które wg Ciebie zespół dostał, to nie pamiętam, żebym ja czy któryś z występujących wtedy ze mną muzyków miał z tego jakieś profity. Za to pod nazwą K S U Sp. z o.o. działała sieć Twoich sklepów, a nawet stołówka. Po raz kolejny chciałeś wypromować się cudzym kosztem. Jednak szczytem chamstwa jest to, że w swoim oświadczeniu majątkowym z 2005 r. piszesz, że wciąż jesteś członkiem zarządu „K S U” Sp. z o.o.. Krótko mówiąc, przez 26 lat woziłeś się na nazwie K S U za friko.
Robisz z siebie kogoś, kim nigdy nie byłeś. Jak popuścisz jeszcze mocniej wodze swoim urojeniom, to okaże się, że to Ty założyłeś K S U, występowałeś na scenie i nagrywałeś płyty, a Premier Buzek zasięgał u Ciebie rady, jak ma rządzić krajem. Teraz dopiero widzę, że jedyne co nas naprawdę łączyło, to wspólne libacje, gdyż obojętnie czym się zajmowałeś, to na to zawsze potrafiłeś znaleźć czas. Niestety, najczęściej trzeba Cię było później holować do domu. Przestań bujać w obłokach, bo im wyżej próbujesz wspinać się po cudzych plecach, obrzucając wszystkich błotem, tym boleśniejszy może być Twój upadek.
Poziom kultury i warsztatu dziennikarskiego, jaki prezentujesz, pozostawiam do oceny czytelnikom. Zaznaczam też, że jest to moja ostatnia wypowiedź w tej sprawie i nie mam zamiaru polemizować z Tobą bez końca.
SICZKA

Komentarze do tego wpisu:

Zarejestruj się lub zaloguj aby skorzystać możliwości dodawania komentarzy.