Logowanie lub Rejestracja

Siczka dla Onetu

adrian512 adrian512 , dnia Sier. 30, 2013

Jest najstarszym punkowcem w Polsce. Jego zespół gra już aż 35 lat! Co najciekawsze – pochodzi z Ustrzyk, czyli z samego serca Bieszczad. Nie zniszczyła go ubecja, nie zniszczył go jabol. Dlatego teraz opowiada nam o swej małej ojczyźnie. Siczka – wokalista i gitarzysta grupy KSU.

Paweł Gzyl: Ostatnio częściej można Cię znaleźć w Teleśnicy niż w rodzinnym mieście. Co tam porabiasz?

SICZKA (KSU): To wieś oddalona jakieś piętnaście kilometrów od Ustrzyk, która dochodzi od wschodu do jeziora Solińskiego. Tutaj prawie dwadzieścia lat mieszkał perkusista Dżemu. Początkowo na wyspie, a potem na tratwie. Ponieważ tratwa się sypie, pomagam mu w zbudowaniu nowej. Robactwo, korniki, a nawet bobry poobgryzały styropian, na którym się unosi. Jest zacumowana przy brzegu na linkach, są tam normalne pokoje, kominek, nawet wanna z wodą ze źródełka. Choć Marek już na niej nie mieszka, tęskni za tym miejscem. Dlatego chce wyremontować tratwę, aby móc przyjeżdżać tutaj raz na jakiś czas.

To Twoje ulubione miejsce do wypadów za miasto?

Głównie tak. Jeśli jadę w góry, to raczej w rejony Ustrzyk Górnych. A jeżeli nad wodę – to właśnie tu. Ale widzę, że teraz nastawiali wokoło pełno przyczep i domków kempingowych. To już nie jest to, co kiedyś, kiedy nie było tu prawie żadnych ludzi.

No właśnie: jesteś znaną postacią w Bieszczadach. Możesz spokojnie sobie gdzieś odpocząć, żeby Cię nikt nie zaczepiał?

Jak wieczorem ruszę w miasto, to mam przewalone. Towarzycho jest już pijane i zawraca głowę. Różnych wariatów można spotkać. Dlatego wolę nie łazić po lokalach. W dzień jest spokojniej. Jedynie ktoś z turystów poprosi o fotkę. To miłe, bo ludzie są na poziomie.

Chodzisz po szlakach turystycznych czy własnymi ścieżkami?

Teraz po Bieszczadach nie można chodzić tak, jak kto chce. Szlaki są wytyczone i nie wolno nawet wejść w krzaki, żeby się załatwić. (śmiech)

Jakie są dzisiaj Bieszczady: czyste czy zaśmiecone?

Tam, gdzie turyści przebywają, trochę zostaje śmieci. Ale nie ma tragedii. Miejscowi też zanieczyszczają środowisko. Jest kilka miejsc, w których ścieki spływają bezpośrednio do Soliny. A przecież to zbiornik wody pitnej! Dlaczego nikt na to nie reaguje? Przecież pisze się o tym w prasie regionalnej!

Pijesz tę wodę?

Całe Ustrzyki mają tę wodę w kranach. Ale ja jej nie piję już od paru lat. Tylko do kąpieli i prania używam. Niby da się pić, ale jest chlorowana, dlatego nie lubię. Trzysta metrów od domu mam źródełko, więc chodzę tam i przynoszę w baniakach.

W latach 70. podobno ganialiście peerelowskich harcerzy, którzy dewastowali okolice w ramach propagandowej akcji "Bieszczady 40".

Oni mieli obozy po całych górach. I zostawiali śmietniska po sobie, załatwiali się po krzakach, syf był straszny. A poza tym nic nie robili. Oficjalnie głoszono, że w Ustrzykach harcerze budują dom handlowy "Halicz". A przecież ja tam co dzień chodziłem i widziałem, kto pracuje na budowie. I rzadko to byli harcerze – może tylko raz przyszli, żeby posprzątać podwórko. Dlatego lubiliśmy ich czasem łańcuchami po plecach przeciągnąć.

Podobnie poczynaliście sobie z junakami z hufców OHP, którzy też budowali socjalistyczną ojczyznę.

To były głównie chłopaki ze wsi. Niektórzy mieli krzepę. Dlatego w tych bójkach bywało różnie. Czasem to my musieliśmy zwiewać.

Punkowcy w górach – to musiało być niezwykłe zjawisko.

Ten pierwszy skład z 1977 roku lubił Bieszczady. Jak w maju zaczynaliśmy wypady w góry, tak kończyliśmy dopiero w październiku. Najczęściej wyjeżdżaliśmy w sobotę ostatnim autobusem do Ustrzyk Górnych o siedemnastej. Braliśmy plecak pełen wina i mnóstwo papierosów. Mieliśmy upatrzony taras w starym baraku – i tam można było spać. Znaliśmy też wielu ludzi, więc zawsze mieliśmy u kogo przekimać.

Dzisiaj baza turystyczna jest bardziej rozbudowana?

Jest o wiele lepiej. Ale ludzi nie stać. Są hotele na wysokim poziomie, przeciętnego człowieka tam nie jednak znajdziesz. Są za to gospodarstwa agroturystyczne – w nich nocleg można mieć tanio, nawet za 25 zł do osoby.

A jak jest z dojazdem?

W Bieszczadach są niezłe drogi. Jeżdżę po Polsce, to wiem, że niektóre krajówki są gorsze. Główne drogi są tutaj dobre, a nawet niektóre boczne są porobione. Wiadomo, jakaś dziurka zawsze się zdarzy, ale to nie to samo, co było kiedyś. Na Teleśnicę jechało się kiedyś pół godziny. A teraz – jestem tu w piętnaście minut.

A połączenia z resztą kraju?

Jasne: są autobusy do Krakowa, do Katowic, do Warszawy. Kursują od wielu lat.

Kto dzisiaj najczęściej przyjeżdża w Bieszczady?

Różnie. Nad Solinę – to przeważnie ekipy, które chcą pohulać i poszaleć. Tam są hotele, więc ciągle robią dyskoteki i całonocne imprezy. Nawet wyspać się nie można. Nie lubię tam jeździć. Prawdziwi turyści wybierają raczej góry, żeby sobie pochodzić po szlakach. Tam są opuszczone szałasy, w których można się przespać, a obok - ognisko zapalić i na gitarach pograć.

W pierwszej wersji piosenki "Ustrzyki" śpiewaliście: "Nie lubimy tutaj obcych / W mordę ich się wali".

(śmiech) Już dawno tak nie śpiewamy. Ale Kazik Staszewski zrobił nam trzy lata temu niezły numer podczas Juwenaliów w Opolu. Dostał jakiś fatalny hotel, przyszedł więc do nas za kulisy. To mówię: "Kaziu, może wyskoczysz na scenę i zaśpiewamy razem jakiś numer?". "No dobra". "To może »Ustrzyki«? Pamiętasz tekst?", "Pamiętam!". No i zaśpiewał tę starą zwrotkę: "Lepiej żebyście tu nie przyjeżdżali / Nie lubimy tutaj obcych / W mordę ich się wali". (śmiech) Bo on pamiętał tamten tekst z końca lat 70., kiedy przyjeżdżał do nas i przywoził nam pierwsze płyty UK Subs.

Są jeszcze w Ustrzykach punkowcy?

Jest jakaś ekipa. Ostatnio trzech takich młodych podeszło, żeby sobie zdjęcie ze mną zrobić. Ale więcej jest teraz hip-hopowców.

A co się dzieje z KSU?

Już piąty rok robię nową płytę. (śmiech) Jak w lecie będzie kilka dni niepogody, to może wreszcie skończę. Brakuje mi kilku numerów. To nie będzie punk, może tylko trochę, reszta folkowa, bardziej rockowa.

Macie próby w Ustrzykach?

Nie. Perkusista jest z Sandomierza, gitarzysta siedzi w Lublinie, a basista w Rzeszowie. Wszyscy są więc w rozjazdach. Co roku gramy duży koncert plenerowy w Ustrzykach, to chłopaki przyjeżdżają dwa dni wcześniej i wtedy mamy próby. Głównie te akustyczne kawałki ćwiczymy, bo te rockowe znamy na pamięć.

Istnieje jeszcze słynny Dom Górnika, w którym KSU miało dawniej próby i koncerty?

Jest, odremontowany nawet, ale teraz tam robią tylko wesela i przyjęcia.

A są jakieś kluby?

Nie ma, tylko małe knajpki, w których grają jakieś nieznane kapele.

Publiczność pierwszego koncertu KSU stanowili więźniowie zakładu karnego w Moczarach.

Tam jest teraz dom starców! Jego dyrektorem jest ojciec mojego gitarzysty. (śmiech)

Zawsze lubiłeś rozrabiać. Nie bałeś się, że kiedyś trafisz do takiego zakładu karnego?

Nigdy nie rozrabiałem aż tak, żeby mnie zamknęli.

A nadal pijesz tyle, co dawniej?

Od dwóch lat nie piję mocnych trunków. Tylko regionalne piwa. Wódka mieszała mi w głowie, robiłem głupoty, a potem się źle czułem. Piwo sklepowe mi nie podchodzi. Teraz wyczaiłem, że są sklepy "Świat piw" w Sanoku, Przemyślu czy Rzeszowie i tam kupuję. Najbardziej lubię "Raciborskie" – różne, od 4,5 do 6 procent.

Słynnego jabola też już nie pijasz?

Nie – i to już od 1990 roku. Ale od tamtego momentu zacząłem pić kawę. (śmiech) Od jabola straciłem połowę zębów. Kwasy żołądkowe mi je powyżerały. Wypiłem pół wina – i rzygałem. Teraz pamiętam tylko to wieczne rzyganie po jabolu. (śmiech) A musiałem wypić aż siedem, żeby coś dotarło do mózgu.

To jak ze zdrowiem obecnie u Ciebie?

Właśnie robiłem badania trzy tygodnie temu. Prześwietlenie płuc, badania krwi. Lekarz zobaczył wyniki i mówi: "Ojoj, takie wyniki to się rzadko spotyka". Pomyślałem: "To pewnie koniec". A on dodaje: "Zajebiste wyniki!".

Świeże powietrze Ci tak służy?

Na pewno. Ale też dobrze się odżywiam. Jem dużo ryb, przeważnie łososia, piję naturalne soki. Te ze sklepu – to syf, chemia. Do tego króliki, kaczki, gęsi. Tu są wioski dookoła, można wszystko kupić.

Dlaczego nigdy nie założyłeś rodziny?

Żeby mieć luz, żeby nikt mi nie szczekał za uszami. (śmiech)

Nie czujesz się samotny?

Nie. Mieszka u mnie menedżerka ze swym facetem, Francuzem. Niebawem się wyprowadzają, bo znaleźli domek niedaleko. Zresztą ja lubię być sam, bo jak nagrywam, to muszę do drugiego pokoju wstawić piec gitarowy. Mój pokoik jest mały, więc nawet jak będę miał słuchawki na uszach, to nic nie będę słyszał. I nie byłbym w stanie nic nagrać.

Młode dziewczyny ciągną nadal do starego punkowca?

(śmiech) Nie ma z tym problemu.

Z tego, co wiem, w Ustrzykach jest kościół neogotycki, cerkiew i synagoga. Bywasz w którymś z tych miejsc?

Jestem niewierzący. W życiu byłem w kościele tylko na pogrzebie matuli i dziadka. Nawet przy okazji pogrzebu któregoś z przyjaciół, nie wchodziłem do środka. Kościół mnie przeraża, źle się czuję w środku, jakbym do grobowca wszedł. Nie odpowiada mi ten zapach, atmosfera, klimat.

Cóż, wszyscy kiedyś umrzemy: sam śpiewasz o Ustrzykach "Lubię to miasto / Bo tutaj się urodziłem / Bo tutaj wszyscy umrzemy".

Może kiedyś się stąd wyprowadzę? Ale na pewno nie z Bieszczad.

Chcesz opuścić Ustrzyki?

To niby małe miasteczko, ale ponieważ mieszkam przy głównej ulicy, jest tu strasznie duży ruch. Bo to droga na Ukrainę. Dlatego w tę stronę jeżdżą na Sanok i Lesko po paliwo i cygary, a w tamtą – po gorzałę. I jest masakra!

Masz już jakieś upatrzone miejsce?

Na razie nie, bo działki są dość drogie, a ja za wiele nie odłożyłem. (śmiech)

Do 1951 roku Ustrzyki należały do ukraińskiej republiki ZSRR. Nadal w regionie czuć antagonizmy między Polakami a Ukraińcami?

Nie, absolutnie. Wielu Polaków zaprzyjaźniło się z Ukraińcami. Drobne interesiki, przemyt papierosów czy alkoholu. Ja w ogóle nie odczuwam żadnych animozji, odkąd tu żyję.

Nawet wtedy, jak KSU proklamowało w 1978 roku Wolną Republikę Bieszczadzką?

Nawet wtedy. To nasz ówczesny wokalista, Bohun, chcąc symbolicznie odciąć się od obywatelstwa komunistycznej Polski, wymyślił, że powoła do życia własne państwo – Wolną Republikę Bieszczadzką. Jego obywatelami zostali wszyscy ludzie z KSU i nasi znajomi. W sumie około dwadzieścia osób. Każdy założył na rękę opaskę z godłem organizacji – ukraińskim tryzubem. Kiedy zaczęliśmy tak paradować po mieście, ubecja dostała szału. Zaczęły się przesłuchania, rewizje, zastraszanie.

Są jeszcze na murach namalowane przez Was tryzuby?

Nie, miasto jest praktycznie całe wyremontowane. Powstało wiele nowych budynków, wszystko wygląda zupełnie inaczej. Kiedyś tylko jedna ulica była wyasfaltowana – 1 Maja – właśnie ta, przy której mieszkam. Teraz wszędzie są ładne uliczki i działeczki.

A co Ci przeszkadza najbardziej?

No właśnie ten hałas. Ja się kładę nad ranem spać, a wtedy zaczynają jeździć samochody. I tak do północy. Dlatego nie mogę spać, mam z tym problem.

Pięć lat temu na 30-lecie KSU otrzymałeś od burmistrza Ustrzyk list gratulacyjny za promowanie miasta. Spodziewałeś się tego?

Początkowo koncert był pod znakiem zapytania ze względu na alarm powodziowy. Cały sztab antykryzysowy zaprosił mnie na spotkanie, żeby zapytać, co robić. Zabrałem ze sobą naszego perkusistę. Wyszliśmy stamtąd, a on mówi: "Patrz Siczka, kiedyś cię ścigali, a teraz cię mają za pana Boga, płaszczą się przed tobą, wszystkie decyzje zależą od ciebie w mieście". Od tamtej pory co roku dostaję od burmistrza jakieś pamiątkowe rzeczy.

Nie myślałeś nigdy, żeby kandydować w jakichś lokalnych wyborach?

Jakieś dziesięć lat temu taki pseudo-menedżer wkręcił mnie na listę SLD. Nie wiedziałem jak się z tego ludziom wytłumaczyć. Kiedy dostałem mnóstwo głosów, prosili, żebym je przekazała na innego kandydata. A ja nie chciałem mieć z tym nic wspólnego! Gdybym chciał być radnym, to zostałbym nim bez problemu. Ale nie chcę się mieszać w politykę.

Spotykasz na ulicy tych, którzy donosili na Was w czasach komuny?

To właściwie był jeden facet, starszy ode mnie o kilka lat. Czasem mijam go na ulicy, "cześć, cześć" i nic więcej. Ale on nic im takiego nie mówił, właściwie tylko to, co już wcześniej wiedzieli.

A co się dzieje z Bohunem, pierwszym wokalistą KSU?

Był dyrektorem domu kultury, ale zmieniły się władze i go zwolnili. Teraz jest przewodnikiem wycieczek i ma biuro przy mojej ulicy. Widujemy się jakiś raz czy dwa razy na rok.

A reszta oryginalnego składu?

Plaster pracuje w tutejszej kablówce. Ptysiu od wielu lat siedzi w Warszawie, prowadzi budowlane biznesy, firma mu upadła, jest w potężnych długach, nie wiem czy się nie powiesi. Tutak jest na miejscu, pije od dawna, wylądował w szpitalu, miał problemy z sercem. Rozstał się z żoną i znalazł sobie laskę młodszą od siebie, a ona lubi pić codziennie. Więc chłopak wysiada.

Czyli nie ma szans na koncert w tym składzie?

Planowałem to na trzydziestolecie. I rok wcześniej wszyscy się zgodzili. Ale jak przyszło co do czego, to zaczęli marudzić: "E, to już nie te czasy". Prosiłem chociaż o jeden numer, mówię, że ja zaśpiewam, ale nic z tego nie wyszło. Tylko Tutak i Dżordżu zagrali ze mną kilka starych kawałków.

To może na czterdziestolecie się uda?

No, ale to dopiero za pięć lat.

Wytrzymasz do tego czasu?

Jak będzie tak jak do tej pory, to chyba dam radę. (śmiech)

Komentarze do tego artykułu:

Zarejestruj się lub zaloguj aby skorzystać możliwości dodawania komentarzy.